Jaka aplikacja do zarządzania zadaniami?
Jaka aplikacja do zarządzania zadaniami? Która najlepsza?
No dobra, to tak... Jak dla mnie, to z tymi aplikacjami do zadań, to jest trochę jak z butami - niby wszystkie do chodzenia, ale każdy lubi co innego. Mi, na przykład, Trello zawsze leżało, wiecie, te kartki, kolumny... Łatwo ogarnąć co jest "do zrobienia", co "w trakcie", a co "udało się skończyć".
Tylko wiecie, jak zaczynasz, to jest fajnie, ale jak się rozrośnie projekt, to te kolumny zaczynają mnie denerwować.
Kiedyś, pamiętam jak byłem w Krakowie na jakimś szkoleniu (23.10.2022, chyba hotel Andel's, ale głowy nie dam), to koleś mówił o TimeCamp. Że niby super do śledzenia czasu, ale jakoś nie wpadło mi to w życie.
Aaa, no i Kalendarz Google. To jest w sumie spoko, żeby sobie wrzucić terminy spotkań, ale żeby zarządzać zadaniami... no nie wiem. Dla mnie to za mało.
O Bitrix24 i Slacku to w ogóle nie mam zdania. Słyszałem, że są, ale nigdy nie używałem. W sumie to chyba dobrze, bo i tak mam za dużo tych apek na telefonie. W każdym razie, to moje 3 grosze w temacie. Każdy musi sam sprawdzić, co mu leży najbardziej, nie?
Jaka aplikacja do organizacji pracy?
Asana… Asana, tak.
W sumie racja, jak się tak zastanowić. Do planowania? No pewnie. Jakieś wydarzenie, nie wydarzenie, wszystko w Asanie można ogarnąć. Taki harmonogram, krok po kroku.
Wiesz, co jest najlepsze? Że to wszystko takie… proste. Nie trzeba się męczyć, żeby coś znaleźć, zrozumieć. Wszystko na wierzchu. Przejrzystość - to jest słowo klucz. Dla mnie, dla Agnieszki. Pracuję z nią odkąd pamiętam!
Niby nic wielkiego, a potrafi uratować z naprawdę trudnej sytuacji. Ostatnio, jak robiliśmy ten event dla Marcina… no to bez Asany byśmy zginęli! A tak, wszystko pod kontrolą. Spokojna głowa.
Event dla Marcina. To była masakra. Marcin zawsze wymyśli coś mega skomplikowanego. W tym roku to już w ogóle przeszedł samego siebie. Dobrze, że Asana nas uratowała. Inaczej byśmy chyba posiwieli przed trzydziestką. Ja, a nie moja koleżanka!
Jakie są 4 podstawowe funkcje zarządzania?
Jakie są 4 podstawowe funkcje zarządzania?
No więc, w 2024 roku, jak uczyłam się na studiach zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim, cztery podstawowe funkcje to planowanie, organizowanie, motywowanie (zamiast przewodzenia, bo tak to lepiej brzmi i tak to rozumieliśmy na zajęciach, a przewodzenie to dla mnie jakaś taka zbyt dyrektywna nazwa) i kontrolowanie.
Planowanie: Pamiętam jak na ćwiczeniach z Panią Profesor Kowalską analizowaliśmy plan biznesowy dla fikcyjnego start-upu produkującego ekologiczne kosmetyki. To było w maju, stres niemiłosierny bo termin oddania był na jutro. Cała noc spędzona nad Excelami i prezentacja w PowerPoint. Nie lubię planowania, zawsze wychodzi chaotycznie. Ale bez planu, gdyby nie te tabelki, to byśmy się pogubili.
Organizowanie: To już było łatwiejsze. Podział zadań, delegowanie. Nasza grupa była całkiem sprawnie zorganizowana, chociaż Asia zawsze się spóźniała i musiałam ciągle przypominać jej o terminach. Nerwów było co niemiara, ale jakoś ogarnęłyśmy.
Motywowanie: Tu kluczowa była atmosfera. Wspólne kawy, żarty, wsparcie w trudnych momentach. Pamiętam, jak Ola miała problem z grafiką, a ja pomogłam jej to ogarnąć. To było w czerwcu, w bibliotece uniwersyteckiej, naprawdę pomogło nam się zmobilizować.
Kontrolowanie: Na końcu, ocena postępów, korekty, poprawki. To było najnudniejsze, ale też najważniejsze. Musimy oddać projekt, a to wymaga kontroli nad postępami. W lipcu była prezentacja, na szczęście wszystko poszło dobrze. Dużo pracy, ale satysfakcja ogromna. Chyba to była najlepsza praca w zespole, jaka miałam.
Lista rzeczy, które pomogły nam w realizacji projektu:
- Dobry podział zadań.
- Regularne spotkania online.
- Wspólna kawa, wspólna praca w bibliotece.
- Wsparcie w zespole.
To tyle. Jeszcze dużo mogłabym napisać o tych studiach. Ale to już inna historia. Może kiedyś.
Jak kontrolować swój budżet?
Okej, opowiem Ci jak JA ogarniam swoje finanse, bo te wszystkie "złote rady" z internetu jakoś mi nigdy nie leżały. A ten podział 50/30/20? No niby spoko, ale...
- 50% na "niezbędne wydatki": Czyli co? Mieszkanie, żarcie, rachunki. Jasne, ale jak wynajmujesz w Warszawie kawalerkę za 4k, to od razu po ptokach. Ja mieszkam w Krakowie, wynajem trochę tańszy, ale i tak zjada mi lwią część wypłaty! Zresztą, co jest "niezbędne"? Czy internet to luksus, czy podstawa? No, w 2024 to chyba jednak podstawa, żeby zarabiać.
- 30% na "przyjemności": No tak, tylko co jak lubisz te "przyjemności" drogie? Albo masz ich dużo? Ja na przykład uwielbiam podróżować. W tym roku poleciałam na Maltę, a w sierpniu planuję Sardynię! No sorry, ale to nie jest budżet "30%".
- 20% na "oszczędności": To już w ogóle komedia. Przy tych cenach i moich "drogich" przyjemnościach... No dobra, odkładam, ale to raczej na "czarną godzinę" niż na emeryturę.
Jak ja to robię naprawdę?
- Śledzę wydatki: Aplikacja w telefonie to podstawa. Wiem, ile dokładnie wydaję na kawę, jedzenie na mieście, Netflixa i te podróże. To boli, ale uświadamia.
- Planuję większe wydatki: Sardynia? Muszę zacisnąć pasa już teraz, żeby w sierpniu nie zbankrutować. Odkładam małymi kwotami, żeby tak bardzo nie bolało!
- Szukam okazji: Promocje w Lidlu, kody rabatowe na booking.com, bilety lotnicze z wyprzedzeniem. Każda złotówka się liczy.
- Nie boję się rezygnować: Jak widzę, że przesadzam z wydatkami, to rezygnuję z jakiejś przyjemności. Boli, ale cóż.
- Myślę o przyszłości: Może kiedyś kupię mieszkanie? Może uda mi się przejść na wcześniejszą emeryturę? To motywuje do oszczędzania, choćby minimalnego.
To nie jest idealny system, wiem. Czasem szaleję, czasem przesadzam. Ale staram się kontrolować swoje finanse, żeby nie obudzić się z ręką w nocniku. I co najważniejsze, nie daję się zwariować tym wszystkim "złotym radom" z internetu.
Jakie są formy organizacji pracy?
Noc... wszystko wydaje się takie... prawdziwsze. Nawet zmęczenie.
Podstawowy system czasu pracy – niby norma, 8 godzin dziennie, 40 tygodniowo. Ale kto tak naprawdę pracuje? Ja, Anna Kowalska, na pewno nie. Moje zmiany w kawiarni ciągną się w nieskończoność, szczególnie w weekendy.
Równoważny system czasu pracy – raz krócej, raz dłużej. Pamiętam, jak mi to tłumaczyli... że mogę pracować nawet 12 godzin jednego dnia, żeby potem mieć wolne. Brzmiało obiecująco, ale w praktyce to ciągły chaos i brak planów.
Przerywany system czasu pracy – to chyba dla tych, co lubią robić sobie przerwy. Serio. Praca, potem przerwa, potem znowu praca. Nie rozumiem tego, ja bym chyba oszalała od tego przestawiania się.
Zadaniowy system czasu pracy – dostajesz zadanie i masz je zrobić. Kiedy, jak... to już Twoja sprawa. Podobno idealne dla freelancerów, ale dla mnie, z moją skłonnością do prokrastynacji, to byłaby katastrofa. To chyba tyle z tych "systemów"... Ale wiesz, i tak wszystko zależy od szefa. A mój… westchnienie.
Wiesz, jeszcze jest coś takiego jak praca w ruchu ciągłym, no i skrócony tydzień pracy. To tak jakby ktoś chciał, ale się bał. Albo praca weekendowa – to znam aż za dobrze. No i system czasu pracy, gdzie pracujesz w święta. To już w ogóle... koszmar.
- Ile zarobiła Taylor Swift za trasę?
- Gdzie w Polsce spala Taylor Swift?
- Jak ugotować golonkę, żeby była miękka?
- Jak najlepiej przyrządzić surowy boczek?
- Jaki jest średni czas pokonania 1 km?
- Czy sprzęt na raty obniża zdolność kredytową?
- Ile kalorii mają 2 pierogi z kapustą?
- Jakie są sprawdzone biura podróży?
- Ile idzie przelew euro na konto walutowe?
- Czy warto jechać do Egiptu w styczniu?
Skomentuj odpowiedź:
Dziękujemy za Twoją opinię! Twój komentarz pomaga nam ulepszać odpowiedzi w przyszłości.