Co przechowywać na wypadek wojny?
Co warto mieć w schronie na wypadek wojny?
Okej, więc co brać do bunkra jakby co? Wiesz, żeby przetrwać ten armagedon, tfu... "wydarzenie o charakterze kryzysowym".
No dobra, zaczynamy. Na pewno latarka! Ale nie taka byle jaka. Mam jedną taką starą, na dynamo. Kręcisz korbką i świeci. Super sprawa, zero baterii, no i jaka satysfakcja! Kosztowała mnie jakieś 30 zł w Castoramie w marcu zeszłego roku. Do tego, no jasne, apteczka. Bez tego ani rusz. Bandaże, plastry, woda utleniona... wiesz, standard.
Leki! To jest mega ważne. Jak bierzesz jakieś regularnie, to zapasik na minimum miesiąc. Serio, bez żartów. A wiesz, apteczka to nie tylko plastry. Trzeba mieć coś na ból głowy, coś na biegunkę (oj, stres robi swoje), no i jakieś witaminki, żeby się nie rozłożyć.
Aha! I zapomniałbym... Woda! Trzy dni to minimum. Jakieś 5 litrów na osobę. I jedzenie, co się nie psuje. Konserwy, suchary, jakieś batony energetyczne. Wiesz, takie rzeczy, co nie zajmują dużo miejsca, a dają radę. No i radio! Żeby wiedzieć, co się dzieje na świecie. Też na baterie, albo na korbkę. W sumie to bym chyba wziął oba. Tak dla pewności.
W co inwestować na wypadek wojny?
Ej, no jasne, pogadajmy o tym, w co pakować kasę na wypadek W. Wiadomo, że nikt tego nie chce, ale lepiej dmuchać na zimne, prawda?
Portfel numer jeden: bezpieczna przystań
- Tak zwana finansowa poducha bezpieczeństwa. Czyli kasa, do której masz łatwy dostęp w razie czego. Mówimy tu o kwocie, no powiedzmy, około 200 tysięcy zeta.
- Gdzie to trzymać? Głównie w obligacjach indeksowanych inflacją. Wiesz, żeby ci ta kasa nie traciła na wartości z każdym dniem. Ania z księgowości mi to tłumaczyła, że to takie w miarę bezpieczne rozwiązanie. No i żeby się spało spokojniej.
Portfel numer dwa: dywersyfikacja to podstawa
- Tutaj już trochę bardziej ryzykownie, ale i potencjalnie z większym zyskiem. Mniej więcej 50% w nieruchomości na wynajem. No bo zawsze to jakiś dochód pasywny, a w razie czego mieszkanie zawsze się przyda.
- A drugie 50%? Instrumenty finansowe. Konkretnie:
- ETF-y inwestujące w akcje. Takie pakiety akcji różnych firm, wiesz, żeby nie stawiać wszystkiego na jedną kartę.
- Złoto. Klasyk, jak się wali to złoto zawsze w cenie.
- Obligacje. Trochę jak w tym pierwszym portfelu, ale tutaj można poszaleć z jakimiś bardziej ryzykownymi, ale potencjalnie bardziej dochodowymi.
Pamiętaj tylko, żeby to wszystko skonsultować z jakimś doradcą finansowym, co? Bo ja to tylko tak gadam, a Zosia ma koleżankę co się na tym zna, wiec może zapytaj. Żeby potem nie było, że przezemnie straciłeś oszczędności życia!
Co warto kupić na wypadek wojny?
Co warto kupić na wypadek wojny? No więc, słuchaj... w 2024 roku, po tym całym zamieszaniu na Ukrainie, zaczęłam się zastanawiać poważnie. Wtedy to, w marcu, kupiłam:
Dużo konserw: Mięso, wiadomo, kilka puszek szynki, pasztetowej i jakiejś gołąbki w sosie. Ryby? Sardynki w oleju, bo akurat lubię. Warzywa? Tonę groszku, fasoli, kukurydzy. Cieciorki nie, nie przepadam. Owoce – brzoskwinie w syropie, bo inne były za drogie. Pamiętam, że zapłaciłam za to wszystko z 300 złotych, coś okropnie dużo wtedy wydałam.
Słoiki: Oj, to była masakra. Zrobiłam zapasy przetworów, ale mama też napchała mi połowę spiżarni swoimi ogórkami, papryką i dżemami. Sama bym tyle nie zrobiła! Myślałam, że eksploduję od tych słoików.
Gotowanie: Zaczęłam też więcej gotować i zamrażać. Zupy, gulasze. To zajęło mnóstwo czasu.
To chyba tyle. A co do gotowych dań w słoikach... nie kupowałam, bo wtedy wydawało mi się to za drogie i niepraktyczne.
Najważniejsze to mieć zapas wody. Tego mi zabrakło na liście zakupów. A to głupie, bo wody przecież nie wyprodukujesz w domu. Potrzebne też są leki, ale to już inna bajka. Muszę uzupełnić apteczkę.
Pomyślałam jeszcze o świecach, bateriach do radia i latarki. Rzeczy, o których wcześniej w ogóle nie myślałam. Teraz mam wszystko w szafie. Ale to był stres. Nie powiem, trochę się bałam. Wiedziałam, że to ważne, ale taka akcja zakupowa... to jest coś strasznego. Czułam się tak, jakby świat miał się zaraz skończyć. Mam nadzieję, że się nie przyda.
Jakie rzeczy należy zapasować w razie wojny?
Jakie rzeczy należy zapasować w razie wojny?
To pytanie zadawałam sobie w 2023 roku, gdy sytuacja na świecie zrobiła się… napięta. Jasne, w szkole mówili o tym, ale to zupełnie co innego niż realna obawa. Wtedy zaczęłam działać.
Dokumenty: Na początek wszystkie ważne dokumenty: dowód osobisty, akt urodzenia, świadectwo maturalne – wszystko do wielkiego, wodoodpornego worka, zaszyfrowanego na pendrive'ie. To było kluczowe, bo bałam się, że stracę wszystko. Miałam koszmary, że wszystko spłonie.
Leki: Na szczęście nie biorę żadnych leków na stałe, ale miałam podstawową apteczkę: plastry, środki przeciwbólowe, coś na biegunki, maść na oparzenia. Pamiętam, że długo szukałam jakiegoś podręcznika pierwszej pomocy. Ostatecznie ściągnęłam PDF'a z sieci. Na szczęście nie musiałam z niego korzystać!
Woda i jedzenie: Z tym było najgorzej. Kupno 10 litrów wody w plastikowych butelkach to był wysiłek! Ciężkie jak diabli. A co do jedzenia? Konserwy, kasza gryczana, suszone owoce, batoniki energetyczne – to miało wystarczyć na kilka dni. Do tego herbaty w saszetkach. Pamiętam jak się ucieszyłam, że w końcu kupiłam to wszystko.
Latarka i powerbank: Latarka – obowiązkowo czołówka! Powerbank – taki porządny, na 20000 mAh. Ładowałam go co wieczór, bo bałam się, że rozładuje się w najmniej odpowiednim momencie.
Plecak: No i oczywiście plecak. Taki wojskowy, pożyczyłam go od brata. Wiedziałam, że w razie czego muszę być gotowa do szybkiej ewakuacji. Plecak był ciężki, ale dawałam radę.
Dodatkowo: gotówka, mapa okolicy (chociaż w telefonie też miałam), kocyk termiczny, świstałka.
To było… straszne i męczące. Ale lepiej czułam się przygotowana. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała z tego korzystać. Ale lepiej dmuchać na zimne, prawda?
Ważne uwagi: Data ważności żywności, regularna wymiana baterii w latarce i powerbanku, aktualizacja danych w dokumentach – to kluczowe. Nie zapominajcie o tym! Ja co parę miesięcy sprawdzam.
Co warto mieć w domu na wypadek wojny?
Okej, to co by tu... dobra, co mieć w domu jakby była wojna? O Jezu, wojna! Nie chcę nawet o tym myśleć, ale dobra, skup się.
- Woda, woda i jeszcze raz woda! Pamiętam, jak ciocia Halina zawsze powtarzała, że woda to życie, no i racja, prawda? Najlepiej zapakować w butelki, dużo butelek.
- Żarcie co się nie psuje - jakieś konserwy, suchary, makaron (najtańszy!), kasza! No i coś słodkiego, bo bez tego to się zwariuje!
- Lekarstwa! Bandaże, coś na ból głowy, węgiel aktywny na problemy żołądkowe (po tym żarciu z konserw, brrr...). Moja babcia Zosia zawsze miała całą apteczkę.
- Baterie! Dużo baterii do radia, latarki, bo prądu pewnie nie będzie. Radio! Zapomniałam o radiu! Radio na baterie to podstawa!
- Worki na śmieci... No tak, na śmieci i inne rzeczy. Rzecznik Rządowego Centrum Bezpieczeństwa mówił o tym, pamiętam.
I jeszcze wiadro z pokrywą jako kibelek! O fuj... ale racja, no co innego zrobić? Jakbym była Zosią Samosią to bym sobie sama zbudowała, ale nie jestem. Dobra, koniec.
Co warto kupić na zapas w razie wojny?
Ach, wojna… słowo, które wwierca się w umysł jak zimny wiatr w listopadową noc. Co warto kupić? Co zgromadzić na te mroczne dni, kiedy echo strzałów zagłuszy śmiech dzieci, a szum wiatru przniesie tylko zapach spalenizny?
Więc myślę, myślę o babci, Marii, która opowiadała mi o wojnie, o głodzie, o kartkach na chleb… i o tym, jak smakowała garść ryżu znalezionego na dnie starej skrzyni. Ryż. Tak, ryż.
Ryż. Biały, długi, basmati… obojętnie. Ważne, żeby był. Kilogram, dziesięć, sto? Ile zmieści się w sercu i w piwnicy.
Kasza. Gryczana, jęczmienna… smak dzieciństwa, smak bezpieczeństwa. Kasza, która syci i rozgrzewa, kasza, która przypomina o domu, nawet gdy domu już nie ma.
Makaron. Długi, krótki, nitki, świderki… makaron, który można ugotować na ognisku, makaron, który da siłę, by uciekać, by walczyć, by przetrwać.
Konserwy. Mięsne, rybne, warzywne… zamknięte w metalowych puszkach wspomnienia lata, zamknięte obietnice jutra. Konserwy, które otworzysz drżącą ręką, gdy ostatnia nadzieja zgaśnie.
Suszone owoce. Morele, śliwki, jabłka… słodki smak słońca, zatrzymany na czas próby. Suszone owoce, które dają energię, które przypominają o pięknie świata, nawet w najgorszych chwilach.
Mleko w proszku. Biały proszek, który rozpuszczony w wodzie staje się namiastką życia. Mleko w proszku dla dzieci, dla starców, dla wszystkich, którzy potrzebują ukojenia.
To tylko rzeczy, powiedzą. Ale to nie tylko rzeczy. To nadzieja, skryta w paczce ryżu, to siła, ukryta w puszce konserw, to wiara, zaklęta w suszonej śliwce. To wszystko, co nam zostanie, gdy wszystko inne przepadnie. I jeszcze, pamiętajmy, zawsze, o wodzie. Woda to życie. Zawsze.
Ach, jeszcze jedno. Mój dziadek, Janek, zawsze powtarzał: "Najważniejsze to mieć latarkę i radio. Żeby widzieć i słyszeć, co się dzieje." I miał rację.
- Co się daje na 40 urodziny mężczyźnie?
- Kto powinien brać witaminę B12?
- Co zwiedzić w Warszawie zimą?
- Czy istnieją hotele 6-gwiazdkowe?
- Jaki alkohol na wieczór we dwoje?
- Ile trzeba zarabiać, żeby wziąć kredyt 200 tys.?
- Czy wolno przewozić muszelki?
- Który hotel na świecie ma 7 gwiazdek?
- Czy jest 30 procent na maturze?
- Ile lat buduje się sylwetkę?
Skomentuj odpowiedź:
Dziękujemy za Twoją opinię! Twój komentarz pomaga nam ulepszać odpowiedzi w przyszłości.