Jak powinien wyglądać strój w pracowni gastronomicznej?

123 wyświetleń
W gastronomii, jednolitość strojów to podstawa – wygląda to po prostu profesjonalnie! A poza tym, ważne, żeby było wygodnie i schludnie. Sama nienawidzę się czuć skrępowana w pracy, więc luźny, ale czysty fartuch i wygodne buty to dla mnie must have. Nic tak nie psuje dnia jak źle dopasowany uniform! Najważniejsze, żeby czuć się komfortowo i prezentować się czysto.
Komentarz 0 polubień

Ech, ten strój w gastronomii... Wiecie, jak to jest, z jednej strony ta cała jednolitość, "profesjonalny wygląd" i te sprawy. A z drugiej... kto wytrzyma cały dzień w niewygodnym ubraniu? Ja na pewno nie! Pamiętam, jak kiedyś pracowałam w takiej jednej knajpce, gdzie fartuchy były jakieś takie sztywne, ciasne... Koszmar! Czułam się jak w pancerzu. Cały czas poprawiałam, ciągnęłam... Masakra. A przecież w gastronomii trzeba się ruszać, biegać, dźwigać... Jak tu się skupić na pracy, kiedy człowiek myśli tylko o tym, żeby się uwolnić z tego ucisku?

Dlatego dla mnie - wygoda przede wszystkim! Luźny fartuch, ale czysty, oczywiście. Bo higiena to podstawa, nie ma co gadać. I wygodne buty! To absolutny must have! Przecież w kuchni spędza się czasem i 10, i 12 godzin… Stopy bolą, plecy bolą... Kto by to wytrzymał w jakichś sztywnych, niewygodnych butach? Pamiętam, jak koleżanka - Anka, chyba się nazywała - przyszła raz do pracy w nowych butach. Piękne, eleganckie, ale na obcasie! Po dwóch godzinach ledwo chodziła, biedna. Mówię wam, widok żałosny. A przecież praca w kuchni to nie pokaz mody!

No i schludność, jasne. Nikt nie chce jeść czegoś, co przygotowywała osoba wyglądająca, no wiecie... niechlujnie. Czysty fartuch, czyste włosy, czyste ręce - to chyba oczywiste. A co do jednolitości... no cóż, rozumiem, że w niektórych miejscach to ważne. Ale czy naprawdę musi być aż tak sztywno? Może jakiś mały element indywidualności? Jakaś fajna przypinka, kolorowy szalik… Coś, co pozwoli nam wyrazić siebie, a jednocześnie nie będzie przeszkadzać w pracy. Nie wiem, może to głupie, ale tak sobie myślę… Bo przecież w końcu spędzamy w tej pracy pół życia, prawda? Więc czemu by nie czuć się w niej choć trochę jak u siebie?