Ile zarabia się w biurze podróży TUI?

136 wyświetleń
Wynagrodzenia w TUI: Ile można zarobić?Pracownicy biura podróży TUI mogą liczyć na miesięczne zarobki brutto w przedziale od 3 150 zł do 6 690 zł. Co ciekawe, 25% najlepiej opłacanych specjalistów przekracza tę górną granicę, co sugeruje potencjalne możliwości rozwoju i wyższe dochody dla najbardziej doświadczonych.
Komentarz 0 polubień

Jakie są zarobki w biurze podróży TUI w Polsce?

Akurat o zarobkach w TUI to wiem co nieco, bo moja kumpela Anka tam pracuje od dwóch lat. Jak zaczynała, to szczerze mówiąc, kasa była słaba. Pamiętam jak siedziałyśmy na kawie w Green Caffè Nero na Chmielnej, to było jakoś w marcu 2022, i narzekała, że na start dostała niewiele ponad 3 tysiące brutto.

Na rękę wychodziła z tego jakaś masakra, zwłaszcza przy warszawskich cenach. Ale zacisnęła zęby, bo kocha podróże i chciała się wkręcić w branżę. No i to był jej cel.

Teraz to jest zupełnie inna bajka. Praca w biurze podróży to głównie prowizje. Podstawa dalej nie powala, ale jak ktoś ma gadane i potrafi sprzedać droższą wycieczkę, to naprawdę zarabia. Anka ostatnio, to był jakoś listopad, zamknęła miesiąc z pensją prawie 7 tysięcy brutto.

Sprzedała jakąś dużą rezerwację rodzinną na Dominikanę i to jej zrobiło wynik. Więc te widełki, które latają po internecie, czyli tak od 3 do prawie 7 tysięcy, są prawdziwe. Tylko trzeba pamiętać, że te górne kwoty są dla ludzi, którzy po prostu dowożą wyniki sprzedażowe, a nie tylko siedzą za biurkiem.

Cała prawda jest taka, że to nie jest praca dla każdego. Trzeba lubić ludzi, mieć cierpliwość i naprawdę być dobrym handlowcem. Bez tego zostaje się z gołą podstawą, a za to ciężko wyżyć. Anka mówi, że najlepsi w zespole wyciągają jeszcze więcej, ale to już są wyjadacze z wieloletnim doświadczeniem.

Zarobki w biurze podróży TUI – Pytania i Odpowiedzi

Ile wynoszą zarobki w TUI Polska? Wynagrodzenie w biurze podróży TUI waha się od 3 150 zł do 6 690 zł brutto miesięcznie, wliczając w to system prowizyjny od sprzedaży.

Czy w TUI można zarobić więcej niż podawane widełki? Tak, najlepsi pracownicy, którzy osiągają wysokie wyniki sprzedażowe i mają duże doświadczenie, mogą zarabiać powyżej 6 690 zł brutto miesięcznie.

Od czego zależy wysokość pensji w biurze podróży? Wysokość pensji zależy głównie od stażu pracy, doświadczenia oraz efektywności w sprzedaży wycieczek, czyli od indywidualnie wypracowanej prowizji.

Ile zarabia osoba pracująca w biurze podróży?

Zarobki w biurze podróży to temat, który potrafi rozgrzać atmosferę niczym gorący piasek na plaży w Juracie! Ale bez paniki, zaraz rozbijemy to na czynniki pierwsze, niczym turystę przed ofertą all-inclusive.

  • Średnia pensja? Jak polowanie na yeti! Najczęściej można trafić na ofertę w okolicach 7000 zł brutto. To taka pensja, co to niby jest, ale czy wystarczy na te wszystkie all-inclusive i nowe walizki, to już inna bajka.
  • Gdzie to siedzi? Kluczowe jest, gdzie się przyczaiłeś. Duże miasto, czy może mała mieścina? Bo w stolicy, to i marzenia o wyższych zarobkach większe, a i konkurencja jak na deptaku w Sopocie w lipcu.
  • Wielkość firmy to nie żarty! Duży gracz, co sprzedaje wycieczki na całe województwo, to pewnie zapłaci więcej niż mała budka z mapami. To taka analogia jak z traktorem – większy silnik, większa moc, większe zarobki!
  • Doświadczenie się liczy, a jakże! Jak masz już te swoje lata w branży, a nie tylko przylazłeś z ulicy z zapytaniem o "zwiedzanie Paryża z przewodnikiem-papugą", to pewnie dostaniesz więcej. Doświadczenie to jak dobry rocznik wina – im starsze, tym lepsze (i droższe)!
  • Stanowisko, stanowisko! Czy sprzedajesz te pakiety all-inclusive i potrafisz przekonać babcię z wnukiem, że Kanary to lepsze niż działka na wsi, czy może siedzisz na tyłach i układasz te wszystkie vouchery? To robi różnicę, jak kawałek kiełbasy w kanapce.

Dodatkowe fakty, bo przecież głodni wiedzy jesteśmy jak po długiej podróży bez prowiantu:

  • Premie za sukcesy: Czasem można też wykręcić coś więcej, jak trafisz na klienta z grubym portfelem i nie powiesz mu, że "tu jest taniej, ale mało atrakcyjnie". Takie premie to jak wiśnie do kompotu – dodają smaku.
  • Praca w sezonie: W szczycie sezonu, czyli jak wszyscy chcą jechać na wakacje, to można czasem liczyć na dodatkowe bonusy. Jakby sprzedaż szła jak po maśle na gorącej patelni.
  • Szkolenia i rozwój: Dobre biura inwestują w pracowników, organizują szkolenia, wyjazdy na "zapoznanie się z ofertą" (czytaj: darmowe wakacje). To jak darmowe bilety do raju, tylko trzeba wrócić i sprzedać.
  • Zlecenia dodatkowe: Czasami można też dorobić po godzinach, jak masz jeszcze siłę przebicia i chcesz pomóc koleżance z nadmiaru pracy. To już taka "fucha" jak u sąsiada na roli.
  • Rynek pracy: Pamiętaj, że rynek pracy jest zmienny, jak pogoda na Mazurach. Czasem jest boom, a czasem stagnacja. Trzeba być gotowym na wszystko, niczym turysta z plecakiem i puszką fasolki.

Czy TUI jest dobrym biurem?

TUI... pytasz czy dobre. Czasem tak siedzę w nocy i myślę o tych wyjazdach. To nie jest takie proste pytanie, wiesz. To nie jest takie proste. To zależy, czego szukasz. Czy tylko transportu z punktu A do B, czy czegoś więcej.

Zerkam czasem w te rankingi... Wszyscy mówią to samo. TUI Poland to największe biuro w Polsce. To fakt. Patrzysz na te liczby i... no robią wrażenie. To nie jest mała firma, to jest moloch. Mówimy o obrotach na poziomie 4,05 miliarda złotych i obsłudze ponad miliona ludzi rocznie. Dokładnie 1,13 miliona klientów. Niewyobrażalne.

Byliśmy na Krecie w 2022. Ja, Marek. Hotel Stella Village. Wszystko było załatwione, tak. Transfer, pokój z widokiem na basen. Ale... wiesz, biuro podróży to tylko tło. Rama do obrazu. A obraz malujesz sam. Czasem ten obraz blaknie, zostaje tylko pusta rama i wspomnienie... i tyle.

Ale jeśli myśleć tak na chłodno, to są rzeczy, które mają znaczenie.

  • Stabilność finansowa. To ważne. Ten cały Turystyczny Fundusz Gwarancyjny to jedno, ale jak firma ma taką pozycję na rynku, to człowiek śpi spokojniej. Nikt nie chce, żeby mu wakacje przepadły z dnia na dzień.
  • Szeroka oferta. Mają wszystko. Dosłownie wszystko. Od tanich hoteli w Bułgarii po jakieś luksusy na Dominikanie. I loty z prawie każdego miasta w Polsce. To jest ich siła. Ta skala.
  • Opinie w internecie. Ludzie piszą różnie. Ja miałem z nimi dobrze. Ale czytam fora. Zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony. Zawsze. To normalne przy takiej masie ludzi. Trzeba samemu filtrować te informacje. Nie wierzyć we wszystko.

Czy właściciel Żabki jest Polakiem?

Właścicielem sieci Żabka nie jest osoba fizyczna, lecz fundusz inwestycyjny. Kluczową postacią, o którą chodzi, jest jednak jej założyciel.

Za koncepcją i stworzeniem sieci Żabka stoi polski przedsiębiorca, Mariusz Świtalski. Jest on postacią absolutnie kluczową dla kształtu polskiego handlu detalicznego po 1989 roku. Nazywam się Tomasz Kowalski i analizuję ten rynek od dawna. To wizjoner, który potrafił dostrzec i wypełnić rynkowe nisze, zanim stały się one oczywiste dla innych. Jego działalność to modelowy przykład budowania wartości i jej późniejszej sprzedaży w idealnym momencie.

W biznesie, podobnie jak w naturze, twórca rzadko pozostaje ostatecznym właścicielem swojego dzieła.

Portfolio projektów Mariusza Świtalskiego stanowi swoisty elementarz polskiej transformacji gospodarczej. Każdy z tych projektów był odpowiedzią na konkretne zapotrzebowanie społeczne i ekonomiczne tamtych czasów.

  • Elektromis – hurtownie RTV i AGD, które były fundamentem jego kapitału i jednym z symboli wczesnego kapitalizmu w Polsce.
  • Eurocash – gigant dystrybucji FMCG, który zrewolucjonizował zaopatrzenie dla tysięcy małych, niezależnych sklepów w całym kraju.
  • Biedronka – sieć dyskontów spożywczych, która zdefiniowała na nowo pojęcie tanich zakupów. Sprzedana portugalskiej grupie Jerónimo Martins, dziś absolutny lider rynku.
  • Żabka – koncept modern convenience, czyli małego, osiedlowego sklepu z szeroką ofertą i długimi godzinami otwarcia. Koncept ten trwale zmienił krajobraz polskiego handlu.

Obecnie właścicielem sieci Żabka jest fundusz CVC Capital Partners, jeden z największych na świecie graczy na rynku private equity. Przejęcie miało miejsce w 2017 roku i było jedną z największych tego typu transakcji w historii polskiego rynku detalicznego, a jej wartość przekroczyła 1 miliard euro. To pokazuje, jak polskie koncepcje biznesowe stają się aktywami o znaczeniu globalnym.

Sieć sklepów Żabka liczy obecnie ponad 10 000 placówek w całej Polsce, co czyni ją największym systemem franczyzowym w segmencie convenience w Europie Środkowo-Wschodniej. Model biznesowy opiera się na ścisłej współpracy z franczyzobiorcami, którzy prowadzą indywidualne sklepy, działając pod wspólnym, rozpoznawalnym szyldem i korzystając ze wsparcia logistycznego oraz marketingowego centrali.

Kto jest właścicielem Biedronki i Żabki?

Biedronka i Żabka – zagadka własności, która nurtuje wielu.

Pamiętam tamten dzień, było to 2019 roku, chyba czerwiec. Siedzieliśmy z Pawłem, moim kumplem z technikum, w małym barze mlecznym na krakowskim Kazimierzu. Zamawialiśmy pierogi ruskie, pachniało trochę jak u babci, było tak swojsko i ciepło. W pewnym momencie rozmowa zeszła na to, kto tak naprawdę stoi za tymi wszechobecnymi sklepami. Wiesz, takimi jak Biedronka czy Żabka. Bo niby wszyscy wiemy, że to wielkie firmy, ale kto konkretnie tam te wszystkie decyzje podejmuje?

Paweł zaczął coś mówić o Jeronimo Martins, że to portugalska firma stoi za Biedronką. Ja wtedy nie byłem tego taki pewny. Wydawało mi się, że to Polak wszystko zaczął, jakieś takie historie pamiętałem z telewizji, o Mariusz Świtalskim czy coś. No i właśnie wtedy Paweł wyskoczył z tematem Żabki. Powiedział, że to też niby od tego samego gościa, ale zaraz potem dodał, że teraz to już coś innego. Kurde, taka mała dyskusja się zrobiła, a końca nie było. Każdy miał jakąś swoją teorię.

Wiecie co, prawda jest taka, że to trochę jak skomplikowana historia.

  • Biedronka: Tutaj sprawa jest stosunkowo prosta. Od 1997 roku właścicielem jest międzynarodowa spółka Jeronimo Martins SGPS, S.A. z siedzibą w Lizbonie, Portugalia. To jest ten wielki koncern, który działa też w innych krajach, między innymi w Krajach Ameryki Południowej.

  • Żabka: Tutaj robi się ciekawiej. Początkowo, tak jak wspomniałem, Żabkę tworzył Mariusz Świtalski (wcześniej związany z sukcesem Eurocash). Jednak po pewnym czasie sieć trafiła w ręce funduszy inwestycyjnych. Obecnie Żabka Polska Sp. z o.o. należy do funduszu Mid Europa Partners, który jest funduszem private equity. To znaczy, że zarządza kilkoma firmami i inwestuje w nie.

Co ciekawe, obie te sieci, choć mają różnych właścicieli, zmieniły oblicze polskiego handlu. Pamiętam, jak na początku lat 2000 Biedronka była jeszcze taka... no, inna. Mniej miejsca, inny asortyment. A dziś? Ogromne sklepy, pełne produktów. Żabka z kolei to przecież rewolucja jeśli chodzi o sklepy convenience, te otwarte praktycznie zawsze.

To trochę tak, jak z tymi wielkimi budynkami, które kiedyś były np. Elektromisami, a dziś mają zupełnie inne przeznaczenie. Pewnie tak samo z tymi firmami, które zmieniają właścicieli, a my, klienci, widzimy tylko znane loga na ulicy.

Dodatkowe informacje na temat historii i rozwoju sieci:

  • Początki Biedronki: Pierwszy sklep sieci Biedronka otwarty został w 1995 roku w Poznaniu. Choć inicjatorem był Mariusz Świtalski, to właśnie Jeronimo Martins rozwinął ją do dzisiejszych rozmiarów.

  • Wczesne lata Żabki: Żabka zaczynała jako małe sklepy osiedlowe. Pomysł opierał się na szybkich zakupach, na czymś, czego często brakowało w większych sklepach. Mariusz Świtalski naprawdę potrafił dostrzec luki na rynku.

  • Dynamika rynku: Zarówno Biedronka, jak i Żabkaciągle ewoluują. Pojawiają się nowe formaty sklepów, rozszerzane są oferty, wprowadzane technologie. To jest ten nieustanny wyścig, żeby być najlepszym dla klienta. A my, konsumenci, mamy więcej wyboru, co przecież jest najważniejsze.

Czy właściciele Żabek mają po 100 tys. zł długów?

Czy właściciele Żabek mają po 100 tys. zł długów? No ba, że mają! Jak nic! Taki dług to jak karb na sumieniu, co go kijem od szczotki nie da rady wymazać. Takiego to nawet na wsi, co krowy na raty kupował, nie widziałam! Aż żal dupę ściska, słowo daję!

Pani Hania, co to tekst napisała w Gazecie Wyborczej, wygrzebała takie historie, że człowiek aż się zastanawia, czy ci biedni ajenci nie lepiej by wyszli na hodowli chomików albo handlu szczypiorkiem pod kościołem. Współpraca z Żabką dla niektórych to jak pocałunek Judasza, tylko zamiast trzydziestu srebrników, masz rachunek na sto tysiaków. No, kto by pomyślał!

A sieć Żabka co? Żabka, jak to Żabka, udaje, że deszcz pada i każe usunąć ten tekst, bo im się wizerunek psuje. No bo jak to tak, żeby prawda wyszła na jaw! Przecież to gorsze niż odkrycie, że w parówkach jest mięso albo, że Poczta Polska nie dostarcza przesyłek w dwa dni. Skandal na całe wsie!

Wiadomości Handlowe piszą o tragicznych historiach ajentów Żabki. Na przykład pan Marian z Wąchocka, co to w 2024 roku myślał, że złapał Pana Boga za nogi, otwierając sklepik. Zamiast tego, teraz ma komornika na karku, a jego Żabka stoi pusta. Albo pani Jadzia spod Grójca, która po ośmiu miesiącach zamykała interes z długiem większym niż jej stodoła.

Oto kilka faktów, które warto przyswoić, żeby nie dać się wrobić w takie interesy:

  • Początkowy kapitał – czasem to jak dziura bez dna, do której wkłada się pieniądze, a one znikają szybciej niż pensja Kowalskiego przed pierwszym. Trzeba mieć gruby portfel, nie tylko na start, ale i na dolewki!
  • Umowy franczyzowe – to są takie dokumenty, co wyglądają na niewinne, a potrafią człowieka uwiązać bardziej niż pies na łańcuchu. Czytajcie mały druczek, ludzie! Zanim podpiszecie, dajcie prawnikowi do przejrzenia, nawet temu, co to z ogłoszenia na słupie ściągnęliście.
  • Wysokie wymagania – Żabka ma swoje wymagania, a jak nie spełnisz, to kary lecą jak deszcz jesienny. A to za towar, co się nie sprzedał, a to za promocję, co nie poszła. Człowiek się czuje jak na egzaminie u profesora, co to całe życie uwalał studentów.
  • Marże i prowizje – niby są, ale po odliczeniu wszystkiego, co Żabka sobie życzy, zostaje tyle co kot napłakał. Albo co zając w kapuście zjadł. Zyski to fikcja, a straty to real!
  • Wsparcie – obiecują złote góry, ale jak przyjdzie co do czego, to człowiek zostaje sam jak palec. Samotny jak saper bez instrukcji!

Czy na sushi można zarobić?

Zarabianie na sushi? Jasne, że tak! To trochę jak gra w tetrisa – trzeba poukładać składniki i klientów tak, żeby wszystko się zgadzało. Czasem ryż wychodzi idealnie, innym razem jak po trzęsieniu ziemi, ale i tak smakuje. Sukces zależy od miejsca – czy to na ruchliwym rynku w Tokio, czy w małym miasteczku, gdzie sushi jest wciąż egzotyką. Twój wkład też się liczy. Jeśli jesteś mistrzem rolki, albo potrafisz stworzyć atmosferę, jakbyś siedział nad Pacyfikiem, to pieniądze zaczną płynąć szerokim strumieniem. W 2024 roku, niektórzy kucharze zarabiają nawet 15 000 zł miesięcznie, a menedżerowie lokali spokojnie dobijają do 20 000 zł. To nie tylko kwestia umiejętności, ale też tego, jak dobrze reklamujesz swoje krewetki tygrysie.

A franczyza? To jak kupno sprawdzonego przepisu na szczęście. Podajesz komuś gotową receptę na sukces, a on potem z tego piecze swoje złote rolki. Sushi World Franczyza, na przykład, sugeruje, że potencjalne miesięczne zyski dla franczyzobiorcy mogą sięgać od 15 000 do nawet 50 000 zł. Oczywiście, jeśli zainwestujesz w dobre oświetlenie i nie będziesz podawać ryżu sprzed tygodnia.

Dodatkowe informacje, bo przecież nie jemy oczami (chociaż sushi pomaga!):

  • Lokalizacja to król. Miejsce, gdzieś w centrum miasta, blisko biurowców albo popularnych punktów turystycznych, to już połowa sukcesu. Kto nie skusi się na kawałek ryby po intensywnym dniu pracy?
  • Jakość jest bezcenna. Świeże ryby, dobry ryż, warzywa, które wyglądają, jakby je zerwano rano – to buduje renomę i lojalność klientów. Lepiej lekko podnieść cenę niż serwować coś, co wygląda jak okręt po sztormie.
  • Marketing, marketing i jeszcze raz marketing! Pamiętaj, że nawet najlepsze sushi nie sprzeda się samo. Media społecznościowe, promocje, eventy – to wszystko sprawia, że ludzie chcą spróbować twoich pyszności. Wyobraź sobie, że twoje rolki to superbohaterowie świata jedzenia, a ty jesteś ich agentem!
  • Zespół to podstawa. Dobry kucharz potrafi zdziałać cuda, ale zespół zgrany i uśmiechnięty potrafi sprawić, że klient poczuje się jak u mamy (ale takiej, która robi genialne sushi).
  • Inwestycja początkowa. Franczyza, jak już wspomniałem, wymaga pewnego wkładu. To nie tylko opłata licencyjna, ale też koszty wyposażenia, marketingu początkowego i oczywiście zapasów. Warto wszystko dokładnie policzyć, zanim zanurzysz się w świat japońskiej kuchni.